image001

Zmiana warty na świecie, czyli nadeszła złota era brytyjskiego boksu

Dwunastu zawodowych mistrzów świata, wielkie pieniądze i nazwiska, bilety wyprzedawane w 90 sekund – to są dzisiaj synonimy brytyskiego boksu zawodowego. Nie da się ukryć, że od kilku miesięcy pięściarstwo przeżywa na wyspach prawdziwy rozkwit. Po przeciwnej stronie są za to Stany Zjednoczone. Amerykanie, którzy jeszcze do niedawna mieli niezagrożoną pozycję lidera na bokserskiej scenie, dziś odchodzą w cień ustępując na niej miejsca swoim znienawidzonym rywalom. Rywalom, którzy jeszcze do niedawna nie stanowili dla nich żadnej konkurencji. Jak to możliwe, że tak szybko doszło do przysłowiowej zmiany warty?

Kiedy Dariusz Michalczewski nieco ponad rok temu mówił, że boks zawodowy w Ameryce umiera, natychmiast posypała się na niego lawina krytyki. “Tygrysowi” zarzucano stronniczość i zupełnie zrozumiałe z jego punktu widzenia zamiłowanie do niemieckiego boksu. Tymczasem okazuje się, że Michalczewski, który co prawda często swoimi kontrowersyjnymi wypowiedziami sprawia wśród kibiców wrażenie człowieka, który wraz z zakończeniem sportowej kariery stracił kontakt z rzeczywistością, w tamtym wypadku miał zupełną rację. Po odejściu na sportową emeryturę dwóch największych gwiazd w tym biznesie w ostatnich latach Floyda Mayweathera Jr i Mannyego Pacquiao (choć niewykluczne, że Filipińczyk na ring jeszcze powróci) Amerykanie stracili ostatnich pięściarzy, którzy generowali ogromne zainteresowanie ze strony ich widowni. Co prawda, usilnie na nową gwiazdę kreowany jest Saul Alvarez, jednak Meksykaninowi daleko jeszcze do popularności wyżej wspomnianej dwójki, a tacy świetni przecież pięściarze jak Andre Ward czy Roman Gonzalez po prostu nie sprzedają biletów. Ponadto należy zaznaczyć, że zawsze Stany Zjednoczone stały przede wszystkim wagą ciężką. W tej jednak również przez ostatnią dekadę za oceanem panowała posucha. Sytuację nieco poprawiło zdobycie tytułu mistrza świata przez Deontaya Wildera, ale tak jak zaznaczyłem, tylko nieco. Jak wiadomo wielkich pięściarzy tworzą wielcy rywale, a takich na rozkładzie Wildera póki co szukać próżno, a co za tym idzie jego rozpoznawalność również jest stosunkowo znikoma. A Ci “wielcy”, z którymi mógłby zawalczyć “Brązowy Bombardier” pochodzą… no właśnie, z Wielkiej Brytanii.

Jak się okazuje, ubiegłoroczne zwycięstwo Tysona Fury nad Władimirem Kliczko nie tylko przewróciło do góry nogami całą kategorię ciężką, ale też było początkiem wspaniałej passy wielkich zwycięstw brytyjskich pięściarzy. Po prostu wszystko zaczęło im wychodzić. Od niespodziewanej wygranej Tonyego Bellew nad Ilungą Makabu, aż po potwierdzenie ogromnego potencjału przez Anthonyego Joshuę, który wywalczył mistrzowski pas już w szesnastej zawodowej walce nokautując Charlesa Martina. Warto zaznaczyć, że 20 tysięcy biletów na walkę AJ z “Princem” sprzedało się wówczas w 90 sekund, a PPV na ten pojedynek rozchodziło się niczym świeże bułeczki. Kiedy dodamy do tego fakt, że w każdej z nadchodzących wielkich walk (Fury-Kliczko II, Gołowkin-Brook, Alvarez-Smith Jr) jednym z głównych aktorów będzie angielski pięściarz, to mamy pełny obraz pozycji jaką dysponuje obecnie Wielka Brytania w światowym boksie.

Oczywiście fakt, że Brytyjczycy tak szybko stali się pięściarską potęgą nie jest dziełem przypadku. Jak mawia Frank Warren, to pieniądze przemawiają w boksie najgłośniej. I to na każdym szczeblu. Drogę po światowy prym rozpoczęto na wyspach od budowy boksu amatorskiego. Kiedy piłkarska reprezentacja Niemiec przechodziła w latach 1998-2004 ogromny kryzys, to natychmiast zainwestowano masę środków w nowy program szkoleniowy młodzieży, którego wynikiem jest dzisiaj fakt, że nasi zachodni sąsiedzi świętują mistrzostwo świata. W Wielkiej Brytanii zrobiono coś podobnego z boksem amatorskim przed igrzyskami olimpijskimi w Londynie. Zainwestowano w sprzęt, trenerów i cały system szkoleniowy, co zaowocowało czterema medalami na olimpiadzie, w tym złotym dla dziś zawodowego czempiona, Anthonyego Joshui. Nie od dziś wiadomo, że sukcesy w boksie amatorskim dają podstawę do późniejszych sukcesów zawodowych. Podstawę, której zarówno w Stanach Zjednoczonych jak i Polsce brakuje.

Kolejnym czynnikiem dzięki któremu Brytyjczycy są dziś pięściarską potęgą jest rola jaką pełni na ich rynku telewizja. W dzisiejszych czasach bez silnego wsparcia ze strony poważnej stacji mając nawet największe sportowe zasoby na duże sukcesy nie ma co liczyć, o czym mogą się przekonać chociażby Niemcy, którzy od kilku lat przez brak kontraktów z dużymi telewizjami przeżywają poważny pięściarski kryzys. A o dziwo jeszcze kilka lat temu to właśnie oni byli uważani za najpotężniejszy bokserko kraj na starym kontynencie, co potwierdza tylko, że sytuacja w pięściarskim biznesie zmienia się tak dynamicznie jak program partii politycznych po wygranych wyborach. Niestety dla kibiców, przyszłością pokazywania wielkich walk jest system PPV i na Wyspach Brytyjskich zrozumiano to najwyraźniej bardzo szybko, gdyż wyniki sprzedanych pakietów w szczególności na walki Anthonyego Joshui są więcej niż zadowalające. Zresztą właśnie dzięki systemowi PPV Eddie Hearn znalazł pieniądze na to, aby sprowadzić do kraju Charlesa Martina, który przecież wymagania finansowe miał ogromne. Można więc śmiało postawić tezę, że gdyby nie PPV, to Joshua dziś nie byłby zawodowym mistrzem świata, tylko budowałby swoją pozycję w rankingach nokatując kolejnego “buma”.

I w końcu ostatnim i najważniejszym puzlem w brytyjskiej układance jest baza kibiców. Anglicy autentycznie kochają boks. Każda mistrzowska walka wypełnia w Wielkiej Brytanii halę, imprez pięściarskich jest całe mnóstwo, a atmosfera w czasie pojedynków przypomina mecze piłkarskiej Premier League. Pod tym względem Amerykanie nie dorastają im do pięt. Głównie poprzez inną mentalność. Przeciętny widz w Stanach Zjednoczonych to bardziej konsument niż kibic, który ponad wartość sportową pojedynku ceni jego opakowanie i nazwiska, które tworzą dane wydarzenie. I to akurat się chyba nigdy nie zmieni.

Wielka Brytania pokazała co zrobić aby z potentata stać się pięściarską potęgą. Udowodniła, że można. Dzisiaj to Polska nie stanowi dla największych żadnej konkurencji, ale przecież Brytyjczycy też kiedyś byli w tym samym miejscu. Patrzmy i uczmy się od najlepszych. A Stany Zjednoczone? Na pewno Brytyjczycy zafundowali im bolesny nokdaun, ale jestem dziwnie spokojny, że Amerykanie jeszcze się podniosą.

Kategorie
STREFA BOKSU

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz
NADCHODZĄCE GALE

Powiązane artykuły