Po gali w Las Vegas – Król jest nagi

(photo: yahoo.com)

„Ależ ten boks schodzi na psy” – taka była moja pierwsza myśl po dzisiejszym werdykcie sędziowskim. Oczywiście pod wpływem emocji ubrałem to w bardziej proste i niecenzuralne słowa. Zachowam jednak tę opinię dla domowników, którzy nad ranem zostali przeze mnie natychmiast uraczeni opisem wydarzeń.

Choć ciężko mi to napisać, muszę odklepać oficjalną regułkę. A więc… podczas gali w Las Vegas Manny Pacquiao pokonał na punkty (dwa do remisu) Juana Manuela Marqueza i tym samym obronił pas mistrza świata federacji WBO w kategorii półśredniej.

Powiem szczerze, nie dawałem Marquezowi żadnych szans. Po prostu nie widziałem argumentu, który miałby za nim przemawiać. Ani kategoria wagowa, ani wiek, ani siła ciosu no i te nokdauny w walkach z Katsidisem i Diazem. A jednak zrobił to. Pokonał Filipińczyka!

Czy ktoś się spodziewał, że ta walka będzie miała taki przebieg? Myślę, że zdecydowana większość z „Pac Manem” na czele nastawiała się na ringową wojnę, którą zapoczątkowałby Marquez, ostatecznie ją przegrywając przez mniejszą siłę rażenia.

„Dinamita” zawalczył jednak inaczej, mądrzej. Nie bał się ataków przeciwnika (często bardzo chaotycznych), umiejętnie schodził z lini ciosów i w dodatku świetnie kontrował. Ale czy to nie ja od ponad dwóch lat przekonywałem niedowiarków, że Pacquiao popełnia wiele błędów, które dobry pięściarz może wykorzystać?

Ten pojedynek utwierdził mnie tylko w tym, że Floyd Mayweather Jr. bardzo łatwo by rozszyfrował Filipińczyka. Przecież „Money” w każdej walce ma oponenta, który stara się go „złapać” i zasypać gradem ciosów. Być może i Manny bije z większą częstotliwością niż inni, ale popełnia takie błędy w defensywie, że pięściarz pokroju Mayweathera bezlitośnie by to w kontrach wykorzystał.

Wróćmy jednak to bohatera tego wieczoru. Trzeba przyznać, że ta trylogia to niezły paradoks. Co najmniej w dwóch pojedynkach Juan Manuel Marquez był lepszy, a mimo to żadnego oficjalnie nie wygrał. Po kolejnej gali boksu zawodowego z przerażeniem w oczach znowu muszę zadać to pytanie – „Czy takie werdykty nie zabijają boksu?” Byliśmy świadkami sportowej sensacji, która nie przelała się na papier, bo wygrał ten, który miał wygrać… czyt. ten który generuje większe pieniądze i lepiej sprzedaje PPV.

Pacquiao po dzisiejszej nocy nie ma żadnego wytłumaczenia. W jednej kwestii muszę się jednak z nim zgodzić. Ten trzeci pojedynek rozwiał wszelkie wątpliwości i nie pozostawił złudzeń kto był w tej trylogii lepszy. Zresztą Manny dobrze sobie zdaje z tego sprawę. Wystarczyło spojrzeć na jego reakcję tuż po ostatnim gongu i niepewność przy ogłaszaniu werdyktu. Tak, tak Panie M.Pacquiao – król jest nagi!

Bob Arum, Freddie Roach – wypowiedzi tych ekspertów pozostawię bez komentarza, bo po co mam się powtarzać? Przecież to inna bajka, rzekłbym oderwana od rzeczywistości.

Był Joe Cortez, był Pat Russell i do tego zacnego grona dołączył Glenn Trowbridge. Tych trzech gentlemenów łączy jedno określenie – nieporozumienie. Gdyby ktoś nie wiedział to ten ostatni jegomość wypunktował 116:112 w dzisiejszej walce Pacquiao z Marquezem. Wynika więc z tego, że „Pac Man” na 12 rund wygrał aż 8! Komentarz jest chyba zbędny…

Nie będzie to przykład skromności z mojej strony, ale mam niezmierną satysfakcję, że miałem rację. Mógłbym teraz rzec „A nie mówiłem?”. Pacquiao udowodnił, że jest pięściarzem jednowymiarowym. Dla mnie to taki Władimir Klitschko wagi półśredniej. Dopóki wszystko idzie zgodnie z planem nie ma problemu, gdy przeciwnik postawi opór i zmusi do innego boksowania to brakuje planu B. Przecież 33-letni Pacquiao miał mnóstwo czasu aby coś zmienić w walce z Marquezem, on był jednak do samego końca konsekwentnie nieudolny.

Ale to właśnie różni pięściarzy bardzo dobrych od wybitnych…

Kategorie
STREFA BOKSU

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz
NADCHODZĄCE GALE

Powiązane artykuły