Marcin Najman: Nie będę już czarnym charakterem

Prezentujemy szczery wywiad z Marcinem Najmanem, którego najbliższy rywal Przemysława Salety udzielił portalowi www.mobilnekobiety.pl.

Ł.O. Jest Pan jeszcze sportowcem czy już celebrytą?

M.N. Jestem i zawsze uważałem się za sportowca. Media robią ze mnie celebrytę, na co nie mam do końca wpływu. Dla mnie jest to jakieś dziwne i nie do końca zrozumiałe pojęcie. Bo kto to właściwie jest celebryta?

Jak zaczęła się Pana przygoda ze sportami walki?

Moja przygoda ze sportami walki zaczęła się od karate, które trenowałem przez rok. Byłem wtedy małym, dziewięcioletnim chłopcem. Kickboxingiem zająłem się w drugiej klasie liceum, ale od samego początku ciągnęło mnie do pięściarstwa. Niestety w Częstochowie nie miałem gdzie trenować boksu. Była natomiast dobra sekcja kickboxingu i właśnie dlatego od niego zacząłem. A potem zająłem się tym, co od początku tak naprawdę mnie interesowało, czyli pięściarstwem.

Dlaczego akurat boks?

Ten sport to esencja męskiej rywalizacji. Dwóch zawodników staje naprzeciwko siebie oko w oko, aby walczyć wedle prostych i ściśle określonych reguł. Chociaż tak naprawdę przeciwnik w ringu jest tylko dodatkiem do o wiele ważniejszego aspektu tego sportu. Prawdziwa walka w boksie to ta, którą toczy się z samym sobą na treningach. Każda kropla potu prowadzi do przesuwania granicy swoich możliwości o jeden krok dalej

Uległ Pan poważnemu wypadkowi, który zahamował rozwój kariery na półtora roku. Jak udało się Panu wrócić po tak długiej przerwie?

Nie było to łatwe. Nawet po powrocie do treningów, odczuwałem tego skutki. Cóż, takie rzeczy się zdarzają. Andrzej Gołota w 1999 roku miał poważny wypadek samochodowy. Po tym zdarzeniu jego lewa ręka tak naprawdę nigdy nie wróciła do dawnej sprawności, a kiedyś rozbijał nią największych przeciwników. Mnie, na szczęście, udało się doprowadzić kontuzjowaną rękę do niemal takiej samej sprawności, jaką miała wcześniej. W obliczu takich przeciwności losu trzeba pozostawać optymistą i nie można się poddawać. Trzeba wierzyć w siebie.

Karierę zawodową rozpoczął Pan od trzech porażek, po których nastąpiła seria 12 zwycięstw. Czy po tej trzeciej walce nie pojawiło się zwątpienie?

Dokładnie tak było. Na szczęście podniosłem się po tych porażkach i podjąłem kolejne wyzwanie. Walcząc amatorsko, stoczyłem tylko pięć pojedynków, z czego cztery wygrałem . Boks zawodowy to zupełnie inny poziom rywalizacji. Moje porażki to takie frycowe, które musiałem w boksie zapłacić. Potem wygrałem dwanaście walk rankingowych, które utorowały mi drogę do wielkich pojedynków o Międzynarodowe Mistrzostwo Polski z Andrzejem Wawrzykiem i Mariuszem Pudzianowskim w MMA. Niestety, obie przegrałem.

„El Testosteron” – jak zdobył Pan swój ringowy przydomek?

Nadano mi go po jednej z walk. Rozpocząłem ją bardzo szybko i agresywnie. Pojedynek zakończył się po 50 sekundach, w tym czasie mój przeciwnik trzy razy był na deskach. Właśnie przez ten agresywny styl jeden z dziennikarzy nadał mi przydomek „el Testosteron” i tak już zostało.

Widzę laptopa i zapisany kalendarz. Nie ma Pan menadżera?

Teraz menadżer nie jest mi już do niczego potrzebny. Zagadnienia organizacyjne trochę mnie odciągają od spraw czysto sportowych. W takim układzie mam o wiele więcej obowiązków, ale dzięki temu nad wszystkim, co się dzieje, mam kontrolę. Wielu bokserów działa w podobny sposób. Tomek Adamek ma Zygiego Rozalskiego, który otwiera mu wiele furtek w USA, ale to on o wszystkim decyduje. Są też tacy bokserzy, którzy sami nie mogą nawet się wysikać. Ja prowadzę swój własny biznes , nawiązuję współpracę ze sponsorami, negocjuję warunki umów i decyduję o przebiegu mojej kariery. Przez to czasami się nie wysypiam i wciąż jestem zajęty, ale takie mamy czasy.

Może w przyszłości zostanie Pan czyimś menadżerem?

Raczej nie jest to coś, czym w przyszłości chciałbym się zajmować. Może pomogę komuś w rozwoju kariery, tak jak kiedyś ktoś pomógł mnie.

Corocznie organizuje Pan charytatywny mecz piłki nożnej między bokserami i żużlowcami, o czym mało kto wie. Jak narodziła się ta idea?

Wiele osób pomogło mi w mojej karierze i teraz staram się jakoś spłacić ten dług. Gdyby nie oni, niczego bym nie osiągnął. Nie mówię o tym zbyt często, bo nie traktuję tego jako coś, co trzeba nagłaśniać. Działamy lokalnie i udało nam się już pomóc wielu ludziom, a mi jest łatwiej zasnąć dzięki temu, że ten mecz organizuje.

Kto częściej wygrywa?

Zdecydowanie żużlowcy. Oni ważą z reguły około 60 kg i są zwinniejsi niż, mieszczący się w przedziale wagowym od 80 do 90 kg bokserzy. To trochę tak, jakby grali sami środkowi obrońcy z napastnikami. Dlatego na osiem meczy jeden wygraliśmy, jeden zremisowaliśmy, a poza tym cały czas dostajemy po dupie.

Jerzy Kulej bardzo pochlebnie się o Panu wypowiada. Skąd więc decyzja, aby zmienić dyscyplinę i przejść do MMA?Chodziło o lepsze pieniądze?

Nie będę hipokrytą i przyznam, że to również było ważne. Oferty takich walk miałem już dużo wcześniej. W końcu dostałem bardzo dobry kontrakt i nie byłem w stanie odmówić. Zawsze jednak pozostanę bokserem, gdyż to mój ukochany sport. Również w MMA nie walczę jako zawodnik tej dyscypliny, ale jako pięściarz. Im więcej trenuję Mieszane Sztuki Walki, tym bardziej mi się podobają, ale to dla boksu „bije” moje serce.

Miał Pan zadebiutować w MMA na KSW 11, ale plany pokrzyżowała kontuzja. Na KSW 12 w debiucie przyszło się mierzyć z Mariuszem Pudzianowskim. Trzeba być bardzo odważnym, żeby bić się z najsilniejszym człowiekiem świata, a do tego wcześniej mówić, że zamiast MMA powinien zająć się badmintonem.

Te wszystkie konferencje prasowe i wypowiedzi przed walką mają nakręcić trochę atmosferę. To jest zabawa z czego nie wszyscy zdają sobie sprawę. Teraz ja i Mariusz pozostajemy w bardzo dobrych relacjach. Wszyscy, którzy znają ten biznes, wiedzą, o co chodzi. Jest nawet specjalny termin, określający takie działania – trash talking. To element budowania show, chociaż czasem cierpi na tym mój wizerunek. Cóż, taki sposób promowania walki wymyślili sobie promotorzy i trzeba było na to przystać. Sport musi być medialny i przyciągać kibiców, dlatego konieczne jest stworzenie show. Jeżeli walki nie pokaże telewizja to właściwie jak by się ona nie odbyła. Współczesny sport nie istnieje bez odpowiedniego marketingu. Problem polega na tym, że w pewnym momencie to się zaczyna samo nakręcać. Ktoś coś powie, ktoś coś dopowie, później odpowie i nagle jest wielka afera. Są walki zawodników, którzy się nie lubią i wtedy można to zauważyć. Mariusz chyba nie odbierał tego poważnie, bo i ja traktowałem to z przymrużeniem oka. Natomiast sama walka była zwyczajną rywalizacją sportową. Ja widziałem swoją szansę w walce z Pudzianowskim. Nie wykorzystałem jej, ale kto wie, może jeszcze trafi się okazja do rewanżu.

A jak to było z bójką z Pudzianowskim w barze. To zagrywka „pod publiczkę”, wykreowane przez dziennikarzy widowisko, czy faktycznie chcieliście się bić?

Hmm … Emocje czasem biorą górę. Tylko tyle mogę powiedzieć.

Z tego, co wiem, Krzysztof Oliwa ostatnio wygrał tylko jedną walkę: ze swoją narzeczoną. „Mam walczyć z damskim bokserem?”tak zareagował Pan na propozycję walki z Oliwą.

To nie jest człowiek, o którym można rozmawiać w kontekście sportów walki. To był hokeista i niech się mierzy w strzelaniu bramek na lodzie. Ja o walce z kimś takim nie będę rozmawiał. Kolejny rywal musi być też dla mnie wyzwaniem sportowym, a nie tylko postacią medialną, pozwalającą na stworzenie show.

Następnym przeciwnikiem Marcina Najmana będzie Przemek Saleta zgadza się?

Przez wiele dni byłem namawiany i prowokowany do walki przez Przemka Saletę. Gdy zaczął nazywać mnie tchórzem i obrażać, nie pozostawił mi wyboru. Prawdę mówiąc, ja tej walki wciąż nie chcę, chociaż się na nią zgodziłem. Wiem, że Przemek po przebytej operacji  jest w stanie walczyć i w niczym mu to nie będzie przeszkadzać. Boję się tego, że ludzie mogą o tym nie wiedzieć i nawet jeśli wygram, ktoś powie, że Najman pokonał nie do końca sprawnego zawodnika. Przyjąłem tą walkę tylko dlatego, że Przemek przez swoje wypowiedzi nie pozostawił mi wyboru. Ten pojedynek tak naprawdę jest potrzebny jemu, nie mnie. Właśnie dlatego całą gażę za walkę przeznaczam na cel charytatywny.Zdecydowałem się na pomoc jedenastoletniemu Mateuszkowi choremu na raka kości, któremu ze względu na chorobę amputowano nogi. Zebrane pieniądze zostaną przeznaczone na zakup protez.

Brał Pan udział w kampanii „Bezpiecznie do dorosłości”, radząc młodym ludziom, aby przynajmniej 24h po spożyciu alkoholu nie wsiadali za kierownicę. Powiedział Pan przy okazji, że sam nie pije jako sportowiec. Jak to? Czy w Polsce to w ogóle możliwe?

Tak, jak najbardziej. Nie piłem nigdy alkoholu i go nie lubię. Mając 16 lat wypiłem kilka drinków i stan upojenia mi się nie spodobał. Nie wynika to z żadnej ideologii, po prostu alkohol mi nie smakuje.

Było o używkach, więc teraz zapytam o kobiety..

(śmiech) A to są używki?

Powiedzmy, że te dwa tematy jakoś się wiążą. Ostatnio na jednej z walk widziałem Pana na widowni z piękną blondynką, która przykuła moją uwagę bardziej niż wydarzenia na ringu. Jest Pan bardzo medialną postacią, czy przez to musi się opędzać od kobiety?

Bez przesady. Piękne kobiety są wszędzie, a w Polsce jest ich najwięcej. Może właśnie dlatego je Pan zauważył, bo najłatwiej je u nas spotkać?

Bardzo dyplomatyczna odpowiedź. Naprawdę nie widzi Pan jakiegoś większego zainteresowania kobiet swoją osobą?

Nigdy nie zauważyłem, żeby coś poza moją osobowością było dla kobiet interesujące, ale może o czymś nie wiem. Moje relacje z płcią piękną wyglądają tak, jak u każdego zwyczajnego mężczyzny. Marcin Najman na pewno nie jest playboyem.

Przed walką z Pudzianem miał Pan podobno nie uprawiać seksu przez cztery miesiące, aby być bardziej „naładowanym” energią. Skąd wiara w to, że ta sztuczka działa?

Bo wiara czyni cuda.

Co na to pana partnerka lub partnerki?

Czasami trzeba zacisnąć zęby. Poza tym myślę, że takie abstynencje długofalowe to mimo wszystko nie jest najlepsze rozwiązanie.

Działa Pan charytatywnie, jest biznesmenem kierującym swoja własną karierą, nie pije alkoholu i nie jest playboyem. Trochę to nie pasuje do wizerunku jaki wykreowały media i w ogóle do tego, jak przedstawia się większość bokserów.

Mnie też przez cztery lata stawiano poważne zarzuty. Miałem z kimś prywatny konflikt i ta osoba chciała coś ugrać, wykorzystując to, że jestem osoba rozpoznawalną. Jestem wdzięczny mediom za napisanie o moim uniewinnieniu, ale przez cztery lata byłem przez nie szykanowany. Wiadomo, że czarne charaktery robią w boksie karierę i taka „reklama” może nawet czasem pomóc. Do tej pory, właśnie na potrzeby mediów, byłem takim niegrzecznym chłopcem. Pokazywałem się gdzieś, krzyczałem, odgrażałem, ciągnąc promocję w takim amerykańskim stylu. Od walki z Przemkiem Saletą ten wizerunek będzie się już trochę zmieniał. Ja zwyczajnie jestem na to już trochę za stary (śmiech).Właściwie dopiero od tej walki zaczynam tak naprawdę pokazywać siebie.

Jest Pan skłócony z częścią środowiska bokserskiego. Z czego to wynika?

Myślę, że z zawiści. Dobrze Pan zauważył, że jestem skłócony z częścią. Tu chodzi o ludzi niedowartościowanych, którzy nie mogą się przebić i mają jakieś kompleksy. To oni mają ze mną problem, a nie ja z nimi. Jest też druga część środowiska, z którą mam dobre relacje, a wśród nich są takie postacie, jak Jerzy Kulej, Andrzej Gołota, Tomasz Adamek i Dariusz Michalczewski czy Rafał Jackiewicz.

Nie do zdarcia jestem, Marcin Najman” – śpiewa Liroy. Czy ta piosenka powstała na specjalne zamówienie? Przyjaźni się Pan z raperem z Kielc?

Bardzo mi miło, że taki numer powstał. Piotrek to mój przyjaciel i jeden z nielicznych ludzi w polskim show-biznesie, posiadających bardzo silny kręgosłup moralny. Poza tym, moje życie chyba pokazuje, że złamać mnie nie jest łatwo.

Skąd decyzja, aby wziąć udział w programie Big Brother?

To była spontaniczna decyzja. Jeśli miałbym być zupełnie szczery, warunki finansowe, które mi zaproponowano również odegrały dużą rolę. Poza tym przygotowywałem się wtedy do walki o Międzynarodowe Mistrzostwo Polski. Sądziłem, że będę mógł się tam wyciszyć i wyłączyć. Dostałem specjalny kontrakt, który pozwalał mi na dużo więcej niż większości uczestników. Miałem zapewnioną salę do treningu z odpowiednim sprzętem, przyjeżdżał do mnie sparing partner i Jerzy Kulej, żeby mnie trenować. Chyba dobrze się przygotowywałem, ale czy w aż takim spokoju? Tu się chyba przeliczyłem.

Czym był dla Pana występ w tym programie? Właściwie dzięki niemu ze znanego jedynie w środowisku bokserskim stał się Pan medialną postacią. Czy taki był zamiar?

Chyba nie do końca. Lubię się bawić, a w programie miało uczestniczyć kilka ciekawych osób i tak faktycznie było. Nie traktowałem tego w kategoriach promocji.

Plotkarskie portale i gazety piszą o Panu nieustannie. Czy w tym, co podają, jest choć trochę prawdy?

Ja już słyszałem takie informacje na swój temat, że w najśmielszych wyobrażeniach nie byłbym w stanie czegoś takiego wymyślić. Czasami prawdziwe jest tylko imię i nazwisko, albo jedno zdanie, ale nigdy nie napisali całej prawdy. Najgorsze jest to, że wielu ludzi, jeśli coś usłyszy lub przeczyta, od razu wierzy, że tak faktycznie jest. Tymczasem media nie zawsze podają rzetelne informacje.

Jakie ma Pan plany na przyszłość? Czego Panu życzyć?

Muszę przystąpić do walki, do której nie chcę przystąpić. Mam nadzieję, że bez względu na wynik, każdy z nas zejdzie z ringu o własnych siłach.

A potem?

A potem, to powiem Panu potem, bo ta walka będzie miała wpływ na moją przyszłość.

Dziękuję za rozmowę.

Kategorie
Wywiady

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz
NADCHODZĄCE GALE

Powiązane artykuły